No. W końcu wyrwałem się ze szponów świąteczno-noworocznego lenistwa 🙂

Trochę to trwało, ale za to przesłuchałem sporo ciekawych pozycji, które ukazały się w ubiegłym roku i powoli będę nadrabiał zaległości. Z Kethą spotkałem się już jakiś czas temu przy okazji wydania epki „#!%16.7”  i byłem mile zaskoczony słuchając tego krótkiego materiału. Przyznam się bez bicia, że wcześniej nie miałem okazji odsłuchać ich wcześniejszych dokonań. Dochodziły mnie jakieś słuchy, że fajna kapelka, ciekawie kombinują i coś z nich wyrośnie. No i wyrosło!

Jakiś czas temu dostałem przesyłkę od Selfmadegod z ich trzecim pełnym materiałem „0 Hours Starlight”. Dziś już jestem po kilkunastu odsłuchach i postaram się w skrócie kilka słów sklecić.

Od początku płyta fajnie „pulsuje' i „drąży skałę”. Świetny bas, który z bębnami precyzyjnie punktuje i cały czas trzyma rękę na pulsie. Trochę wokale mnie drażnią „szeptaną” manierą, bo ni to krzyk ni to szept, ale pewnie tak miało być. Ogólnie Ketha nagrała materiał bardziej przyswajalny, który szybko zapada w pamięci, ale daleko mu do piosenkowego. Muzycy mniej eksperymentują, riffy stały się bardziej przejrzyste, nie ma zawiłych pejzaży. Ketha zrzuciła skórę i żyje swoim nowym życiem tętniącym od pierwszych taktów.

„0 Hours Starlight” nie jest to płytą łatwą w odbiorze, jest to płyta potrzebująca czasu i ten czas trzeba jej dać. Mnie cieszy fakt, że takich zespołów w naszym kraju jest coraz więcej, nie wstydzą się polskiej tożsamości (Merkabah, Lotto, Thaw) i robią swoje najlepiej jak potrafią. I taką sztukę trzeba wspierać i promować bo jest to sztuka przez duże S. POLECAM.