Dzisiaj napiszę o płytach, które swego czasu nieźle mi namieszały w głowie. Na tą chwilę wygrzebałem tylko pięć pozycji, ale za jakiś czas na pewno wygrzebię nieco więcej.

Zacznę od prekursorów grind core, czyli Angoli z Napalm Death. Ich debiutancki album „Scum”, który ukazał się latem 1987 r, zrobił mi niezłe kuku. Pewnego razu mój dobry kolega przyniósł kasetę właśnie  z tym albumem i powiedział: „To jest  najszybsza kapela na świecie – Napalm Death. Słyszałeś?” I po chwili poleciało intro „Multinational Corporations”, a zaraz po nim „Instinct of Survival” i to mnie rozjebało.

Nigdy wcześniej nie słyszałem kapeli, która by grała tak szybko. W ogóle to, co zaprezentował Napalm Death na debiucie było dla mnie wielkim szokiem. 28 utworów w pół godziny – niezły czas, prawda?

Napalm Death zdefiniował pojęcie muzyki ekstremalnej na nowo. „Szumowiny” na długo zapadły w mej pamięci i odcisnęły olbrzymi ślad na kształtującym się mózgu młokosa (bo miałem wtedy 17 lat).

Watch this video on YouTube.

Na początku lat ’90 szeregi Napalm Death opuszcza Mick Harris i powołuje do życia nowy projekt muzyczny SCORN.

 

Scorn powstał w 1991 r w Birmingham, a początkowo tworzyli go: Mick Harris (ex Napalm Death) i Nicholas Bullen. Pomyślałem sobie, że Mick chce spróbować sił solo i stworzy równie coś ekstremalnego co Napalm Death. Niestety bardzo się myliłem, bo Mick poszedł w zupełnie innym kierunku.

Debiut „Vae Solis” ukazuje się w 1992 r (Earache Records) i przynosi ponad godzinkę zimnej, industrialnej chłosty. Ciężkie brzmienie miesza się tutaj z brudnym basem i krzyczącym wokalem. Nie od razu łyknąłem tą miksturę, ale z biegiem czasu bardzo mi podeszło nowe oblicze najszybszego perkusisty świata.

Druga płyta „Colossus” (Earache Records 1993 r) to już zupełnie inna bajka. Transowe mechaniczne bity, down tempo, dziwne odgłosy, sample i minimalizm muzyczny – tak w skrócie można określić nowy SCORN. Kompletnie nie wiedziałem jak to ugryźć. Pomyślałem sobie, że Mick wpadł do czarnej dziury, zamknął drzwi i tam zaczął wymyślać te chore dźwięki. Bo jak wytłumaczyć tak radykalną zmianę u gościa, który do niedawna naparzał w bębny z prędkością światła.

Watch this video on YouTube.

Kolejnym „dziwakiem” na mojej liście jest francuski teatr obwoźny SEBKHA CHOTT. Będąc kiedyś na festiwalu u naszych południowych sąsiadów wybrałem się na performance tych popaprańców i kopara opadła mi na glebę.

Tego, co zobaczyłem i usłyszałem, już nie da się odzobaczyć.

 

Cyrkowcy, czy też komicy w  kolorowych strojach ganiali po całej scenie bawiąc się muzyką. A muzycznie to jest tutaj wszystko, mydło i powidło. Sami swoją muzykę określają jako Mekanik metal disco avant porn jazz fusion bizarre teatr. Nie kumałem tego teatru od początku, za dużo się działo i tak jakoś bez ładu i składu. Po powrocie zakupiłem jedyną dostępną płytę w naszym kraju czyli „Nagah Mahdi-Opuscrits en 48rouleaux” i zacząłem powolutku wgryzać się w jej zawartość.

Po 68 odsłuchach dalej stwierdzam, że to jest chore, ale zdążyłem już do tego przywyknąć 🙂

 

 

Watch this video on YouTube.

Na początku lat ’90, gdzie na salonach na dobre rozgościł się metal śmierci, Nocturnus postanowił zrobić coś, czego do tej pory nikt nie odważył się zrobić i wprowadził do gry nowego gracza, czyli tzw. parapet. Kurde, na początku nie dopuszczałem takiej myśli, że klawisze się sprawdzą w takiej brutalnej i technicznej muzyce. A jednak Nocturnus zrobił to z wyczuciem i dziś nie wyobrażam sobie ich muzyki bez parapetu.

Debiutancki album „The Key” (Earache Records 1990 r)  z mety został okrzyknięty wizjonerskim metalem XX wieku, który i ja uwielbiam i cenię pomimo upływu prawie trzydziestu lat. Jedna z tych płyt, która mimo upływu czasu  broni się doskonale, a w niektórych kręgach zyskała status kultowej. Dla mnie ponadczasowa klasyka. Po takich krążkach odżywają wspomnienia z młodzieńczych lat.

 

 

Watch this video on YouTube.

 

I na zakończenie grobowy walec z USA, czyli WINTER. Nagrali tylko jedna płytę „Into Darkness” (Future Shock 1990 r). Tak wolno grającego zespołu jeszcze nie słyszałem, jeśli chodzi o lata ’90, bo później takie hordes wyrastały jak grzyby po deszczu (a nie, przepraszam była jeszcze Necro Schizma z Holandii, ale oni akurat nie nagrali żadnej płyty).

 

 

Winter powstał w Nowym Jorku w 1988 roku i niestety już nie istnieje. Zostawili po sobie kilka wydawnictw, ale właśnie „Into Darkness” utkwiło mi w pamięci najbardziej lub … najboleśniej. Przebrnąć przez zawartość tej płyty było nie lada wyzwaniem. Wolne ślimacze tempa i monotonnie wiercące gitary, polane wokalami a’la Tom G. Warrior z Celtic Frost. Męczyłem się z tym albumem jak z piardami po bobie.

Po 168 odsłuchu, który miał mnie przekonać do tej płyty, jednak skapitulowałem. Czasami jak mnie najdzie ochota, to zapuszczam ten album (raz na dekadę), a później odkładam w miejsce, o którym szybko zapominam 😉

Watch this video on YouTube.